Z perspektywy typowego cyklu życia elektroniki konsumenckiej to prawdziwi „emeryci”, ale Apple pokazuje, że w ograniczonym zakresie wciąż chce utrzymać te urządzenia przy życiu.
Standardowy model wsparcia Apple wygląda tak, że gdy dana generacja iPhone’ów przestaje dostawać najnowszą wersję iOS, przez rok lub dwa otrzymuje jeszcze aktualizacje bezpieczeństwa. Pozwala to użytkownikom korzystać z urządzenia bez drastycznego wzrostu ryzyka związanego z lukami w zabezpieczeniach, a firmie daje czas na stopniowe „wygaszanie” starszych modeli. Później aktualizacje znikają – co zwykle oznacza, że system nie będzie już wspierany. Tym razem stało się inaczej: po latach Apple wróciło do iOS 12, 15 i 16, ale z bardzo drobną zmianą.
Nowe wydania nie wprowadzają żadnych poprawek bezpieczeństwa ani funkcji. Zmieniają za to kluczowy element infrastruktury: odświeżają certyfikaty bezpieczeństwa odpowiedzialne za działanie iMessage, FaceTime oraz mechanizmu logowania do kont Apple po styczniu 2027 roku, kiedy dotychczasowe certyfikaty przestałyby obowiązywać. Bez tej zmiany użytkownicy starych urządzeń mogliby nagle stracić możliwość wysyłania wiadomości przez iMessage czy dzwonienia przez FaceTime, nawet jeśli sprzęt byłby w pełni sprawny. Z punktu widzenia właściciela kilkunastoletniego iPhone’a taka „cicha śmierć usług” mogłaby być bardziej dotkliwa niż brak nowych funkcji, bo uderza w podstawową łączność z ekosystemem Apple.
Równolegle z tym pakietem ukazała się też aktualizacja iOS 18.7.4, również zawierająca wymianę certyfikatów, ale w jej przypadku to naturalny element normalnego cyklu wsparcia, bo iOS 18 nadal jest aktywnie rozwijany dla modeli takich jak iPhone XS czy XR.
Źródło: Ars Technica


